Teatr Telewizji TVP

Bartłomiej Kotschedoff: Paweł ma w sobie jakąś naiwność

– Obserwowałem jak ten Teatr Telewizji się stopniowo zmieniał. Trochę byłem tu zaskoczony. Powiem szczerze, że teraz nie wiem dokładnie, czym jest Teatr Telewizji – mówi Bartłomiej Kotschedoff, grający rolę Pawła w spektaklu „Skutki uboczne” Petra Zelenki w reżyserii Leszka Dawida.

Jest to Pana debiut w Teatrze Telewizji. Jak Pan to konfrontował ze swoim wyobrażeniem?

– Ja się wychowywałem na Teatrze Telewizji. Dla mnie to było coś totalnie fascynującego. Obserwowałem jak ten Teatr Telewizji się stopniowo zmieniał. Trochę byłem tu zaskoczony. Powiem szczerze, że teraz nie wiem dokładnie, czym jest Teatr Telewizji. Wcześniej był jednak bliski teatrowi żywemu, np. w scenografii, czy grze aktorskiej. Dzisiaj nie wiem. Te „Skutki uboczne” były bardzo bliskie filmu. Chociaż np. wnętrza nie były wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, ale jakimś abstrakcyjnym komentarzem tej przestrzeni.

W szkole aktorskiej spotykał się Pan z takimi aktorami jak Krzysztof Globisz, czy Jan Peszek. Ale co innego w szkoła, a co innego praca nad spektaklem. W „Skutkach  ubocznych” zetknął się Pan z Krzysztofem Stroińskim i Adamem Ferencym…

– Była jeszcze Anna Radwan. Wszyscy byli świetni. Ja byłem tam najmłodszy. Z Adamem Ferencym mieliśmy tylko jedną scenę, gdzie mówię jedno zdanie. Z Panem Krzysztofem miałem więcej scen. Grą aktorską Krzysztofa Stroińskiego inspirowałem się od dawna. Moja mama byłą pochłonięta serialem „Daleko od szosy”. Ja do dzisiaj pamiętam ten serial, bo on u mnie w domu był oglądany systematycznie. Przy spotkaniu z panem Krzysztofem czułem się spięty. To miało wpływ na moją pracę, ale też mieściło się w postaci, bo Jerzy Czejka, którego pan Krzysztof gra, jest idolem dla Pawła, czyli postaci granej przeze mnie. Pan Krzysztof to jest kosmos – sposób jego pracy, jego wejście w analizę postaci, w każde słowo. To jest zawodowy aktor i człowiek z pasją. Jest do tego człowiekiem niesamowicie uprzejmym i pomocnym.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz

Pierwszym pytaniem pewnie Pana nie zaskoczę. Nazwisko Kotschedoff brzmi niecodziennie…

– Już od podstawówki prawie każdy się mnie o to pyta (śmiech). Mój wujek był historykiem na Uniwersytecie Jagiellońskim i gdy budował drzewo genealogiczne natknął się na wzmiankę z XIV wieku. Chodziło o Zakon Kawalerów Mieczowych i Kurlandię. Potem część rodziny osiadła w Niemczech, a część w Polsce.

Urodził się Pan w Stargardzie Szczecińskim, a do szkoły aktorskiej poszedł do Krakowa. Dlaczego?

– Przez pewien czas mieszkałem we Włoszech i zastanawiałem się, czy nie pójść tam do szkoły w Mediolanie. Ale jakoś tak cały czas ten Kraków mnie ciągnął. Samo miasto jakoś tak psychodelicznie na mnie działało. Byłem zafascynowany niektórymi aktorami, którzy skończyli krakowską szkołę. Za pierwszym razem zdałem egzamin do szkoły teatralnej, ale poślizgnąłem się na maturze. Za drugim razem zgarnąłem już dublet. Krzysztof Globisz się wtedy dopytywał: „No, panie Kotschedoff, zdał Pan tę maturę, czy nie?”. Po informacji, że zdałem, powitał mnie w progach PWST. Tam już zostałem. I dobrze się stało, bo chciałem pracować z Janem Peszkiem i to się udało.

A jak ocenia Pan Kraków i atmosferę tam panującą?

– Dla mnie Kraków jest super miejscem. Tak się dobrze dojrzewa przez okres studiów, ale potem z tym, co w człowieku dojrzało, trzeba wydostać się do miejsca, gdzie się więcej dzieje. Kraków jest taki powolniejszy. My się z kolegami śmialiśmy, że to jest taka kuchnia z babcinym kredensem – jest ciepło, przytulnie, wygodnie, ale raczej człowiek nie pozwoli sobie na jakieś ekscesy, czy odważniejsze kroki. Jest to miejsce trochę malaryczne i duszne, ale ja tam uwielbiam wracać.

A jakie Pan ma doświadczenia w pracy w innych miastach?

– Nie jestem jakoś specjalnie oblatany. Najwięcej pracowałem w Katowicach ze studentami „filmówki” i trochę w Łodzi. Teraz w Warszawie. Jestem bardzo miło zaskoczony Warszawą. Tu dużo się dzieje, jest bardzo dużo ludzi aktywnych, którzy chcą coś robić i często wiedzą, co chcą robić (śmiech). To jest bardzo fajne i motywujące do działania. Polubiłem Warszawę z tego względu, że tutaj są ludzie, z którymi można zrealizować swoje plany.

Jak się trafia do takiej produkcji jak „Skutki uboczne” w reżyserii Leszka Dawida?

– Dostałem maila, że są zdjęcia próbne i przyszedłem na nie. Nie wiem, ile było zaproszonych osób, ale mnie wybrano. Jeszcze przed zdjęciami próbnymi dowiedziałem się, kto będzie moim partnerem na planie. Okazało się, że to będzie Magda Czerwińska. Umówiliśmy się wcześniej, żeby zrobić próby z tekstem. Od początku wiedziałem, że to będzie super z Magdą zagrać. Bardzo mi pomogła i jestem jej wdzięczny.

A ta Pana rola – Paweł, jaką funkcję pełni w tym spektaklu?

– Paweł jest młodym kreatywnym człowiekiem, który zajmuje się reklamą. Jest to najmłodsza postać. To jest człowiek, który wyrabia w sobie jakieś ideały. Jego romantyczna wizja zderza się z rzeczywistością, która jest kanciasta. Paweł ma w sobie jakąś naiwność, taką która zaczyna się wytrącać w trakcie rozwijania się fabuły. Interesujący jest właśnie proces degradacji jego naiwności. Paweł na pewno nie używa żadnej fasady.

A jak Pan ocenia tekst Petra Zelenki? Jak się Panu z nim pracowało?

– Jeśli chodzi o to, jak ten tekst jest napisany, to mi się nie podobał. Podoba mi się temat. Ale na przykład dialogi były dość syntetyczne i trochę niekonsekwentne. Reżyser Leszek Dawid jakoś to zgrabniej przeprowadził. My to też inaczej graliśmy, bo Leszek stawiał bardziej na filmowe granie niż teatralne. Nie było to łatwe do pogodzenia. Jest tam świetne poczucie humoru, a postacie są tak narysowane, że czuć ich tragizm. Sztuka podejmuje ważne tematy.