Teatr Telewizji TVP

o teatrze

Teatr Telewizji wspomni Wiesława Michnikowskiego

Teatr Telewizji wspomni Wiesława Michnikowskiego

Wielu osobom Wiesław Michnikowski kojarzy się przede wszystkim z Kabaretem Starszych Panów, gdzie wspaniale interpretował piosenki Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, ale ten aktor o wiecznie smutnej twarzy miał na swoim koncie wiele ról w spektaklach Teatru Telewizji.

W najbliższy poniedziałek, 2 października, TVP 1 w swoim teatralnym paśmie o 20.25 przypomni jedną z kreacji tego aktora. Będzie to „Pan Geldhab” Aleksandra Fredry w reżyserii Andrzeja Łapickiego.

Marcin Stajewski: teatr powinien mieć swoją tajemnicę

Marcin Stajewski: teatr powinien mieć swoją tajemnicę

Teatr Telewizji przez lata wypracował swoją wyjątkową formułę, także jeśli chodzi o scenografię. To zasługa wielu osób…

– Motorem rozwoju scenografii telewizyjnej była od końca lat pięćdziesiątych Xymena Zaniewska. Ściągała do telewizji ludzi związanych z plastyką z różnych dziedzin: malarzy, rzeźbiarzy, architektów, projektantów wnętrz, scenografów teatralnych. Dość niska wtedy jakość techniczna, wizualna telewizji wymuszała wyrazistość stosowanych środków, w tym częste stosowanie zbliżeń. W Teatrze Telewizji znaleziono klucz na formułę pośrednią między teatrem a filmem. Scenografowie stosowali skrót graficzno-plastyczny, niedopowiedzenie, metaforę, umowność.
 
Czy wprowadzenie koloru bardzo zmieniło pracę przy telewizyjnej scenografii?

– Pierwszą scenografię do spektaklu kolorowego zrobiłem właściwie w czerni i bieli, z niewielką ilością barw. Przyznam, że dla mnie scenografia barwna jest „za kolorowa”. Lubię filmy i fotografie czarno-białe i sam wolę pracować w czerni i bieli. Nawet gdy zaczynam robić scenografie kolorową, to ciągnie mnie do czerni i bieli. Dla mnie czerń ma w sobie wiele kolorów.
 
Dziś scenografia realistyczna przeważa. Nie tęskni Pan do dawnej scenografii metaforycznej, umownej? Nie ma już do niej powrotu?

– Tęsknię i uważam, że jest szansa powrotu do niej. Nie wykluczam, że minie dzisiejsza moda wtłaczania klasyki we współczesną scenerię, gdy Hamlet chodzi po scenie z telefonem komórkowym. Przekonanie, że młodzież to lepiej zrozumie, jest fałszywe. Przeciwnie, właśnie wtedy, gdy sceneria sztuki jest umieszczona mniej więcej w czasie, w którym została napisana, na przykład w XVI wieku, a sens utworu ma wydźwięk współczesny, widz reaguje: zaraz, zaraz, wtedy było tak jak teraz, nic się nie zmieniło.

Wojciech Żogała: to musi być jednak teatr

Wojciech Żogała: to musi być jednak teatr

Teatr Telewizji jest określany jako osobny gatunek, pośredni pomiędzy teatrem żywym i filmem. Jaka jest różnica z perspektywy pracy scenografa między Teatrem Telewizji, a filmem?

– One nie są duże. Różnica podstawowa, że jest zbudowana dekoracja, ale w filmie też się tak często zdarza. Przy dekoracji w studio ma się ten komfort, że jest się na miejscu, że jest ciepło, że nie trzeba codziennie wyciągać lamp, rozkładać sprzętu,  więc nie traci się cennego czasu. Ekipa ma się gdzie pomieścić,  nie stoi na ulicy, czy na ciasnej klatce schodowej. To jest kwestia wygody. Jeśli chodzi o teatr telewizyjny to jest zdecydowany plus, bo aktorzy mają więcej czasu i cała ekipa jest bardziej skupiona. Nie ma takiej mordęgi, która wynika z tego, że jak się wchodzi do naturalnego obiektu, to tam jest zawsze za ciasno. W przypadku zbudowanej dekoracji zawsze jest możliwość dobrego sfilmowania. Zawsze jest możliwość zrobienia ruchomej ściany i wtedy kamera ma się gdzie zmieścić. Jest znacznie więcej możliwości filmowych w dekoracji budowanej. Ale są też zalety wnętrz naturalnych – jest tam rodzaj patyny, charakteru trudny do podrobienia, albo są to znane obiekty, więc nie ma możliwości, żeby je budować.

W siedzibie tygodnika „Polityka” odbył się „Okrągły stół Teatru Telewizji”. Przybyło sporo dyskutantów, były emocjonalne wystąpienia… Czy Pana zdaniem Teatr Telewizji ma przed sobą przyszłość?


– Myślę, że ogromną. To powinno być pewną oczywistością, bo to jest bardzo duża wartość telewizji – i kulturowa, i historyczna, i nawet, uważam, że nie jest to za duże słowo – narodowa. Nie tak wiele krajów uprawia ten gatunek. Jego oglądalność – w porównaniu z filmem – to jest czasami niebo i ziemia. Nie widzę takiej możliwości, żeby ten teatr przestał istnieć. Wydaje mi się, że teatr tv się zmienia ze względu na rozwój techniki. To nie jest już teatr, który jest bardzo często przeniesieniem spektaklu albo taką formą zorientowaną bardzo na sztukę. Te gatunki się poszerzyły. Mamy coś, co jest bardziej publicystyką, teatrem historycznym i coś, co jest bardziej teatrem klasycznym. Nic też nie wyklucza adaptacji. Powinno to trwać i być pielęgnowane.

Laco Adamik: to bardzo szlachetna forma

Laco Adamik: to bardzo szlachetna forma

Teatr Telewizji będzie uratowany?

– Nie uważam, że trzeba go ratować. Nie wrócą czasy dawnego Teatru Telewizji, bo nie wróci ówczesna sytuacja medialna, gdy w telewizji był najpierw jeden, a potem dwa programy. I był niedostatek programów artystycznych. Dziś generalnie wszystko zmarniało, ale programów, kanałów i możliwości artystycznego wyżycia się jest bardzo dużo. Choćbyśmy więc nie wiem jak się starali, Teatr Telewizji takiej roli, jak kiedyś, pełnić nie będzie. Co nie znaczy, że nie oczekuję, że choćby sporadycznie będzie się pojawiał.

Wyniósł Pan optymistyczne wrażenia z Okrągłego Stołu Teatru Telewizji?

– Nadzieję mam niewielką, ale skoro tyle poważnych osób wzięło się za temat, to może te 10 premier Teatru Telewizji rocznie się pojawi. To bardzo szlachetna forma na tle wszechobecnej tandety. Pytanie, czy będą pieniądze i czy będą artyści z odpowiednim potencjałem, mam na myśli taki jaki był w czasach świetności.

Które z głosów w dyskusji najbardziej Panu odpowiadały?

– Olgi Lipińskiej, Barbary Borys-Damięckiej i Feliksa Falka, którzy opowiedzieli się przeciw nowej formie teatru na żywo.

Dlaczego?

– Uważam, że pomysł nie jest na dłuższą metę dobry. W tej postaci jest dokładnie w kontrze do idei widowiska telewizyjnego.

Może Pan to sprecyzować?

– To temat na dłuższą rozmowę, ale w tej formie znika możliwość doprecyzowania widowiska do najdrobniejszych szczegółów, bogatej pracy kamery, stosowania zbliżeń. Teatr telewizyjny, to właściwie nie teatr, ale mała forma telewizyjna, posługująca się językiem filmowym. Emisja na żywo jest niby przeniesieniem żywego teatru na ekran telewizyjny, a w rzeczywistości go zabija, niszczy formę i klimat żywego teatru. Nie jest to więc ani teatr, ani forma telewizyjna. Ginie magia żywego teatru, a jednocześnie nie ma szansy na dopracowanie jak w tradycyjnym spektaklu telewizyjnym. Jestem więc za pełnym powrotem do spektakli realizowanych w formie przez lata praktykowanej. A nie za robieniem „małego kina”.

Jest Pan za eksperymentowaniem w Teatrze Telewizji czy za klasyczną formą?

– Jestem za tym, żeby każdy twórca spektaklu realizował tak, jaki wydaje mu się najbardziej właściwy. Ja miałem swoje pomysły realizacyjne, które czasem były uważane za eksperymentatorskie, ale tak naprawdę były szukaniem nowego języka dla każdego spektaklu. Poszukiwaniem za każdym razem oryginalnego widowiska. Najważniejsza jednak była dobra literatura i świetni aktorzy.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Ryszard Bugajski: Teatr Telewizji to polski skarb

Ryszard Bugajski: Teatr Telewizji to polski skarb

W siedzibie redakcji „Polityki” odbył się „Okrągły Stół Teatru Telewizji”. Przybyło wielu twórców, dyskusja była gorąca… Czy Pana zadaniem Teatr Telewizji ma przed sobą przyszłość?

– Tę kwestię wałkuje się od wielu lat. Sam wielokrotnie byłem świadkiem takich narad i brałem w nich udział. Faktem jest, że wykształcił się pewien specyficzny styl Teatru Telewizji i tego nikt nie może podważyć. Teatr Telewizji, który powstał w Polsce, nie ma swojego odpowiednika na świecie. Zupełnie czymś innym jest angielski, czy francuski. Tam to są głównie mechaniczne przeniesienia sztuk z teatrów. U nas w Polsce też się zaczyna to robić, ale to już nie jest dla mnie Teatr Telewizji, lecz przeniesienie sztuki z teatru, z tą samą inscenizacją, dekoracjami. Teatr Telewizji, który ukształtował się przez kilkadziesiąt lat, podlegał ewolucji. Przyszli do niego reżyserzy filmowi, mając jednocześnie teksty często stricte teatralne, z trzema, czterema postaciami w niewielkiej przestrzeni. Inscenizowali je wychodząc w plener z kamerą, często z ręki, wprowadzając pewne elementy filmowe. To spowodowało, że powstał nowy gatunek. Nie jest to kino, bo kino posługuje się głównie obrazem, a teatr to jest jednak przede wszystkim słowo. Jednak połączenie narracji, chwytów filmowych ze słowem, zrodziło nowy gatunek. Myślę, że taki Teatr Telewizji jest ciągle bardzo potrzebny i interesujący.

Posłużę się przykładem mojego przedstawienia „Niuz”. Pokazać ten tekst w teatrze żywym byłoby trudno, bo – na przykład – wiele jest w nim takich sytuacji, gdy zbliżenie ma ogromne znaczenie, ponieważ trzeba pokazać, co kto myśli. Z drugiej strony trudno zrobić z tego kino, bo jest to trochę za bardzo zamknięta przestrzeń, a w kinie chciałoby się mieć więcej oddechu, pleneru, ruchu. Natomiast forma Teatru Telewizji jest dokładnie tym, czego potrzeba do tego tekstu. Zresztą pisałem „Niuz” z myślą o TTV. Powstało wiele tekstów specyficznie pisanych dla Teatru Telewizji. Myślę, że jest to gatunek, który należało by kontynuować. Jest to polski skarb, polski sukces artystyczny. Ten styl Teatru Telewizji to jest kilkadziesiąt wybitnych przedstawień – jak mówię – specyficznie teatralno-filmowych, które powstały. Powinny wejść, a może nawet są w tej „Złotej Setce Teatru Telewizji” – to są rzeczy wspaniałe.

Barbara Borys-Damięcka: to sztuka filmu i teatru

Barbara Borys-Damięcka: to sztuka filmu i teatru

Czy taka forma jak Teatr Telewizji ma przed sobą przyszłość?

– Ja jestem wieczną optymistką. Teatr Telewizji był, jest i chciałabym, żeby dalej był moim życiem. Ale ja cały czas mówię o prawdziwym Teatrze Telewizji – o teatrze robionym przez telewizję, według koncepcji telewizyjnej. Nie mówię tu o przenoszeniu spektakli teatralnych z różnych teatrów do studia. Bo jest to takie pośrednie wyjście w sytuacji braku Teatru Telewizji na dzień dzisiejszy. Ale to nie jest ten Teatr Telewizji, który my, starzy twórcy,i mamy na myśli.

To co jest nazywane Teatrem Telewizji na żywo ma być powrotem do korzeni, do tego jak w początkach TVP robiony był teatr…


– To jest w pewnym sensie powrót do Teatru Telewizji, bo można powiedzieć, że dziś nadajemy, czy pokazujemy taki teatr, ale trzeba pamiętać o tym, że teatr telewizji, który wymyślili Anglicy – oni to pierwsi zaczęli robić, a my byliśmy drudzy w kolejności – to jest sztuka połączenia teatru i filmu. Sama technika telewizyjna daje takie możliwości. To jest dużo bogatsza możliwość zrobienia inscenizacji niż przeniesienie spektaklu teatralnego, czemu jednak się nie sprzeciwiam. Sama, jak w TVP pracowałam, to poza Teatrem Telewizji przenosiliśmy wybitne spektakle z różnych teatrów w Polsce, czyli robiliśmy transmisje z tych teatrów, by widzowie w całej Polsce wiedzieli, że w innych ośrodkach istnieją bardzo dobre przedstawienia. To zachęcało ludzi do chodzenia do teatrów. Teatr Telewizji to sztuka filmu i teatru, to znaczy sztuki aktorskiej i umiejętności pracy reżysera z aktorem, wyniesionej z doświadczeń teatralnych w połączeniu z filmem, do którego już potrzebne są kamery, innego typu świecenie, inny język narracji i coś, co się w filmie nazywa skrótem filmowym. To weszło do języka Teatru Telewizji i to jest właśnie prawdziwy Teatr Telewizji.

A jeśli chodzi o repertuar, to co powinno przeważać – klasyka, czy teksty autorów współczesnych?

– To wszystko powinno zależeć od koncepcji programowej ludzi, którzy decydują o tym, co chcieliby, żeby się znalazło w Teatrze Telewizji. Z czasów, które ja dokładnie pamiętam, było miejsce na klasykę, było miejsce na sztukę współczesną – światową i polską. Było miejsce na komedie, było miejsce na spektakle kryminalne, czy spektakle z pogranicza farsy, czy też spektakle o charakterze muzycznym. Są to wszystko gatunki, które świetnie się znalazły w Teatrze Telewizji, miały swoje miejsce i były realizowane. I dzięki temu widz miał bardzo duży wybór.

Wydaje się, że jednak głównym problemem są jednak pieniądze…

– Pieniądze to nie tylko problem Teatru Telewizji, ale ogólnie TVP. Na różnych forach się o tym mówi – i w Senacie, i w Sejmie są komisje kultury. Wszyscy jednogłośnie twierdzą, że Teatr Telewizji na mapie prezentowania kultury polskiej jest jak najbardziej potrzebny. I niestety na tych stwierdzeniach, jak dotychczas, się kończy.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Marta Lipińska: to takie wspaniałe medium

Marta Lipińska: to takie wspaniałe medium

Rozumiemy, że dla Pani to jest pytanie retoryczne: czy Teatr Telewizji powinien nadal mieć swoje miejsce na antenie telewizji publicznej?

– Jak najbardziej. Popieram, by pozostawić go w tym miejscu, który zawsze zajmował, czyli chodzi o poniedziałkowy wieczór. Cieszę się, że po przerwie ten termin powrócił. Myślę, że to jest bardzo potrzebne ludziom, zwłaszcza tym spoza stolicy. Mieszkańcy Warszawy mogą sobie pójść do jednego z wielu teatrów na swojego ulubionego aktora. Natomiast mieszkańcy mniejszych miejscowości oglądali ten najlepszy polski teatr w poniedziałkowe wieczory w telewizyjnej Jedynce.
 
Czy Pani zdaniem w repertuarze Teatru Telewizji powinna przeważać klasyka, czy utwory twórców współczesnych?

– Myślę, że nie należy tak stawiać sprawy. Widzom powinno się proponować i to, i to. Moim zdaniem to można jakoś wyważyć. Któryś poniedziałek w miesiącu poświęcić na prezentację klasyki, a inny na teatr współczesny…

Czy ta klasyka to miałyby być przedstawienia robione na nowo, czy powtórki tych wielkich przedstawień sprzed lat?

–  Ja uważam, że na wszystko jest miejsce. Jest to takie wspaniałe medium, że naprawdę wszystko się zmieści. Jeszcze jak sobie uświadomimy, że będzie taka współpraca z TVP Kultura, to żyć – nie umierać.

Ostatnio TVP wprowadziła formułę Teatru Telewizji na Żywo. Miał to być powrót do korzeni Teatru Telewizji. Jednak oceny tych przedsięwzięć są różne…

– Tak. Ja należę akurat do tych, którzy twierdzą, że to jest jakieś udawanie. To jest ta udawana widownia – to nie jest ta, która akurat chciała przyjść na spektakl. Jest jakaś zorganizowana i która częściej patrzy w monitor niż na to, co się dzieje na scenie. A sam spektakl jest jednak twórczością jakiegoś teatru, który to przygotował przez wiele miesięcy, grał to po kilkadziesiąt razy, a potem to odsprzedaje telewizji. To jest prawie tak samo, jakby zamontowano w teatrze kamery i sfotografowano ten spektakl. To jest przeniesienie z ulicy na ulicę i to w dodatku z taką sztuczną widownią. Nieraz na to patrzyłam i przyznam – irytowało mnie to. Drażniły mnie te zdjęcia publiczności z kamerami – ludźmi przypadkowymi, co tu ukrywać.

Czy dla Pani Teatr Telewizji to już tylko wspomnienia?

– Przyznam, że jak otrzymałam zaproszenie na Okrągły Stół Teatru Telewizji do zajrzałam do moich memuarów i stwierdziłam, że już od trzech lat nie grałam. Ale Juliusz Machulski zaproponował mi rolę, nad którą obecnie pracuję, i zamknął usta tym moim żalom. Mam jednak pytanie, dlaczego nie można powtarzać tych wspaniałych spektakli sprzed lat? Dlaczego, jak robią nowych „Braci Karamazow”, nie pokazać starych z 1969 roku – z Hańczą, Zaczykiem, Gogolewskim i moją rolą w reżyserii Jerzego Krasowskiego.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Michał Komar: trzeba tylko chcieć

Michał Komar: trzeba tylko chcieć

Teatr Telewizji to ogromny zasób archiwalny spektakli, liczący tysiące pozycji, począwszy od spektakli zarejestrowanych na początku lat sześćdziesiątych. Często można usłyszeć, że podstawową barierą powtórek są koszty związane z prawami autorskimi…

– To nieprawda. Koszty wynikające z praw autorskich, czyli praw autorów wystawianych tekstów oraz tłumaczy, są minimalne. Większość kosztów związana jest z tzw. repartycją, czyli tym, co otrzymują aktorzy czy reżyser, względnie właściciele ich praw. Wspomnę, że powtórki archiwalnych spektakli teatralnych, pokazywane obecnie w TVP Kultura, są obciążone opłatą zminimalizowaną z uwagi na walor kulturowy, społeczny tych emisji.

Jakie wrażenia wyniósł Pan z dyskusji przy „Okrągłym Stole Teatru Telewizji”?

– Nie odniosłem wrażenia, żeby coś zapowiadało powstrzymanie jego obumierania. Obawiam się, że szkody poczynione w przeszłości, to znaczy systematyczne ograniczanie tego teatru mogą być nie do odrobienia. Jeśli tak się stanie, to zniszczone zostanie zjawisko niezmiernie ważne dla kultury narodowej. Wszystkie telewizje, podkreślam, wszystkie, łącznie z publiczną, uczestniczyły przez wiele lat w wyścigu do najgorszych standardów w pogoni za zyskiem i w przekonaniu, że widz kocha szmirę. Nie wiem, czy da się to odwrócić.

Co Pana zdaniem należy w tej sytuacji robić?

– Można rozważać różne pomysły. Wspomnę tu o jednej z możliwości. W warunkach ograniczeń finansowych nie można myśleć tylko o realizacji dużych inscenizacji. W sytuacji, w której istnieje ograniczenie spektaklu do 80 minut, nie sposób sensownie wystawić na przykład „Hamleta”, o którym mówił Jan Englert, czy „Kordiana”, ale także wielu innych obszernych tekstów. Dlaczego wobec tego nie sięgnąć po utwory krótkie, jednoaktówki, których w literaturze dramaturgicznej polskiej i obcej, klasycznej i współczesnej jest bardzo wiele. Jest też wiele wzorcowych sposobów prezentowania sztuki teatralnej, aktorskiej, które można zobaczyć choćby w telewizji brytyjskiej. Można po nie sięgnąć, można je oryginalnie rozwinąć. Trzeba tylko chcieć.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Dariusz Michalski: to był fenomen

Dariusz Michalski: to był fenomen

W swojej książce o historii Telewizji Polskiej „To była naprawdę dobra telewizja” dużo miejsca poświęcił Pan Teatrowi Telewizji. Daje mu Pan pierwszeństwo w historii TVP?

– Zdecydowanie, obok kilku innych pozycji, które także szczególnie wyróżniłem w mojej książce. Przewinęło się przez Teatr Telewizji setki wspaniałych aktorów, reżyserów, scenografów, kompozytorów. I tekstów literackich oczywiście.

Jak by Pan określił Teatr Telewizji?

– Jako fenomen, efekt połączenia działalności i wysiłków setek, jeśli nie – w skali całej historii – tysięcy ludzi i wielu instytucji. To była wielka  instytucja kulturalna. Premiera co tydzień, w ramach sceny poniedziałkowej, w Teatrze Sensacji, Teatrze Młodego Widza, monodramy, spektakle realizowane w ośrodkach pozawarszawskich.
 
Jak to było możliwe w skromnych warunkach technicznych i finansowych?

– Ludziom się chciało, nikt o pieniądzach nie mówił. I dobrze, że tak było – wbrew zasadzie, że dobre musi kosztować, bo inaczej będzie byle jakie. Pionierska telewizja Europy, brytyjska BBC nie wypracowała takiej formy. Realizowała albo filmy dostosowane do warunków telewizyjnych albo statyczne filmowanie kamerą spektaklu teatralnego na scenie.

Byliśmy więc całkowicie oryginalni…

– Polski Teatr Telewizji wypracował coś zupełnie innego. Studio jest zupełnie innym miejscem, gdzie była rozszerzana przestrzeń fizyczna, a co za tym idzie przestrzeń w wyobraźni widza, który podąża za kamerą, za myślą, także dzięki możliwości zbliżeń. Scenograf Xymena Zaniewska, i oczywiście nie tylko ona, fenomenalnie operowała czernią, bielą i ich odcieniami, obrazem, zbliżeniem, detalem, cieniem.

Myśli Pan, że uda się ocalić Teatr Telewizji?

– Powinien być uratowany jako niezwykle ważne, unikalne zjawisko w polskiej kulturze.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Witold Adamek: postawić na różnorodność

Witold Adamek: postawić na różnorodność

Jaki powinien być w przyszłości Teatr Telewizji, który ewoluował od kameralnych przedstawień w dekoracjach malowanych na dykcie aż po duże widowiska plenerowe?

– Uważam, że Teatr Telewizji powinien być różnorodny. Zawsze jest spór między zwolennikami teatru tradycyjnego, „prawdziwego”, a takiego, któremu zarzuca się, że jest filmowy. Myślę, że powinien być i taki, i taki, bo jeśli za każdym razem będzie coś innego, to będzie większa szansa na przyciągnięcie widza. Widz na ogół lubi różnorodność i unika monotonii.

Za jakimi opowiada się Pan proporcjami między klasyką a tematyką współczesną?

– To był wieczny problem dyrektorów Teatru Telewizji. Jednak gdy spektakli realizowano dużo, ułożenie tych proporcji nie było specjalnie trudne. Przy obecnej, minimalnej produkcji jest to niesłychanie skomplikowane.

Co Pan sądzi o powrocie do formy spektakli na żywo?

– To jest dosyć trudne przedsięwzięcie i trudno zrobić z tego interesującą formę. Jeśli spektakl oparty jest na tekście i aktorach, można to z powodzeniem robić. Jeśli w grę wchodzi większa inscenizacja, dekoracje, to przeniesienie jest trudniejsze.
 
Zdaniem Pana, Teatr Telewizji przetrwa? W pewnym okresie zapowiadano jego koniec…

– Dziś mamy do czynienia z próbami ocalenia go i znalezienia dla niego właściwej formy. Ciągle wokół tego teatru są jakieś burze. Powinien przetrwać, bo niszczenie lub pozwalanie na zanik formy, która ma tak wspaniałą tradycję, byłoby ciężkim błędem. Niestety bardzo mało sięga się do zasobów archiwalnych Teatru Telewizji. Owszem są powtórki, ale w stosunku do ogromnego archiwum, to zaledwie mała szczypta. Prawie zupełnie pomijane są stare, czarno-białe przedstawienia choćby z lat sześćdziesiątych, które warto by pokazać choćby ze względu na aktorów, z których większość już, niestety, nie żyje. Wiele z nich nigdy nie doczekało się powtórki od czasu premiery. A powtórka po 40 latach, to przecież jak premiera, nawet dla tych widzów, którzy kiedyś przedstawienie oglądali. Wiem, że problemem są prawa autorskie, ale ten problem trzeba w końcu jakoś rozwiązać. I jeszcze jedno. Od kilku lat trwa odświeżanie cyfrowe kopii starych filmów. Dlaczego nie pomyśleć o zrobieniu tego samego z klasyką Teatru Telewizji?

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz